NA BANI
Wylejcie piwa
łyk na mój górski grób Gdy po raz ostatni na szlaku zabłądzę
Historia trójmiejskiego zespołu Na
Bani sięga w głąb ubiegłego tysiąclecia. Wówczas to, we wrześniu 1992 roku,
jego pierwsi członkowie zasiedli przed schroniskiem na Przegibku i jeszcze
nie na bani, acz spoglądając ku pobliskiemu szczytowi o nazwie Bania,
stworzyli swoją pierwszą piosenkę. Stąd właśnie pochodzi nazwa formacji, acz
nie bez znaczenia jest również uprawiana przez jej członków górska turystyka
piwna. Na początku wszakże grupa występowała pod nazwą HGW, co należy
tłumaczyć jako Hej Góry Wysokie. Zespół zawsze miał charakter wolnej grupy,
z którą związanych było dotąd kilkanaście osób, nie tylko z Trójmiasta
(m.in. Ania Kulawczuk, Magda Trykowska, Sylwia Zagórska, Marek
Krzysztofowicz). Z pierwotnego składu ostali się jedynie frontman zespołu -
Bartek Adamczak oraz tekściarz – Tomek Borkowski, znany też jako Tom z
Sopotu. Przez długie lata do żelaznego składu Na Bani należała też Renata
„Irlandia” Matuszkiewicz. Grupę stanowią obecnie: Maria „Mysza” Michalska,
Agnieszka „Rybka” Rybak, Magda Snarska-Teległow, Agnieszka Sroczyńska, Tomek
Nalikowski i Łukasz Napierała, a na pierwszej płycie „W górach” wspomogli
ich Tomek „Lipi” Lipski i Grzegorz „Waliza” Welizarowicz. Zespół bardzo
rzadko jednak występuje w pełnym składzie. Działalność tej formacji nie
nosiła nigdy znamion regularności ani zawodowstwa, zespół grywał okazyjnie,
sporadycznie i raczej z wewnętrznej potrzeby, czasem nawet zaprzestając
publicznej działalności na całe miesiące, przedłużające się w lata -
tymczasem powstawały jednak nowe utwory. Członkowie zespołu po dziś dzień
nie zabiegają o nagrody na festiwalach, na których występują zresztą rzadko,
zwykle odwiedzając tylko Bazunę - bo mają blisko - której są kilkakrotnymi
laureatami. Renesans twórczości Na Bani wiąże się z projektem „W górach” i
wokół niego koncentruje się dzisiaj aktywność zespołu.
Tom z Sopotu
Z Bartkiem i Tomkiem
(Na Bani) rozmawia Apolinary POlek
Skąd
się znacie jako zespół?
B:
Trzon zespołu Na Bani stanowi Tomek Borkowski wraz ze mną. Poznaliśmy
się na studiach, wspólnie zaczęliśmy jeździć w góry. Okazało się,
że oprócz materii, którą studiowaliśmy, mamy też zamiłowania
artystyczne. Tomek jest obdarzony talentem literackim i plastycznym, który
jednak – jak twierdzi – zaniedbał, ja zaś param się
graniem na różnych instrumentach i tak się odnaleźliśmy w naturalny
jakby sposób. Jeździliśmy w Beskid Niski. Do dnia dzisiejszego jest
on nam bliski. Gros tekstów Tomka osadzone jest właśnie w tych
realiach. Poznawaliśmy też wtedy Harasymowicza, który również
bardzo umiłował te zakątki.
Jak
powstawały wasze utwory?
B:
Dużo z nich powstawało w czasie sesji. Mieliśmy system wspólnego
uczenia się, ale nie chciało nam się uczyć, więc poświęcaliśmy
ten czas na coś przyjemniejszego – na pracę twórczą. Szliśmy
przez studia równo – razem zdawaliśmy albo oblewaliśmy różne
rzeczy, wspólnie repetowaliśmy. W pewnym jednak momencie Tomek pozostał
na roku, ja zaś poszedłem wyżej.
A
obecnie? Ile prawdy jest w tej obiegowej opinii, że piosenka
turystyczna powstaje w górach?
T:
Jest różnie. Na przykład piosenka „Dożywocie gór”,
która stała się dosyć popularna, powstała w chatce w Polanach
Surowicznych w Beskidzie Niskim, w ciągu jednego dnia. W tym przypadku
jest to prawda. Co do większości piosenek – my mieszkamy akurat
nad morzem, więc tam też większość tekstów i muzyki powstaje.
W
górach są w sumie ciekawsze rzeczy do robienia niż siedzenie i
pisanie.
T:
Oczywiście! Człowiek wraca po całym dniu zmęczony i nie ma czasu
ani ochoty zabierać się za pracę twórczą. Chyba, że uprawia tzw.
„turystykę piwną”, co nam się też zdarza i w naszej
nazwie jest to uwidocznione explicite. Wtedy siedzimy dosyć długo
w jednym miejscu.
Jak
trafiliście na „W górach jest wszystko co kocham”?
B:
Nie byliśmy nigdy jakimś regularnym zespołem. W pewnym momencie
nasze kontakty urwały się z powodów życiowo-rodzinnych. Ja współpracuję
też z innymi zespołami. Jestem w ogóle perkusistą.
O!
B:
W tej chwili gram w zespole Mordy.
A
jaki to gatunek?
B:
Trudno powiedzieć. Mówimy na to „off roots” –
poza korzeniami. Jest to muzyka dość synkretyczna – i rock, i
jazz, i jakieś etno, i folk, trans... muzyka w dużej mierze
improwizowana. W każdym razie, między innymi przez współpracę z
innymi zespołami, moje kontakty z Tomkiem osłabły. Do czasu, kiedy
pojechaliśmy znowu razem w góry. Tomek zabrał mnie na Polany
Surowiczne i tam nastąpiło pewne niebywałe spotkanie. Nie byłem tego
świadkiem, bo poszedłem już spać. Tomek siedział sam w izbie na
dole. Musisz wiedzieć, że miał on zwyczaj pozostawiania swoich tekstów
w kronikach. Około północy przyszła pewna grupa, która wróciła z
Ukrainy. Jeden z członków gromady spojrzał na Tomka i mówi:
„My się nie znamy, ale chciałbym ci coś zaśpiewać”. I
zagrał mu piosenkę „Dożywocie gór” – do takiego właśnie
pozostawionego kiedyś w kronice tekstu. Był to Wojtek Szymański.
Potem
Wojtek zaczął organizować cyklicznie spotkania „W górach jest
wszystko co kocham” i pamiętał o nas. To zmobilizowało nas do
tego, żeby poważniej podejść do własnego grania. Zaczęliśmy
poszukiwać nowych muzyków. Spotkaliśmy wtedy Tomka Nalikowskiego,
Magdę Snarską i wielu innych. Jesteśmy składem dość dynamicznym,
ciągle się rozwijamy.
T:
Kiedyś grupa zakończyła już nawet działalność. To spotkanie
Wojtka Szymańskiego w górach utrzymało ją przy życiu. Teraz działa
znacznie prężniej niż wtedy, bo wtedy byliśmy totalnymi amatorami i
nawet wstyd było słuchać tego, co było grane.
A
gdzie poza koncertami „W górach...” można was usłyszeć?
T:
Ostatnio właściwie rzadko, ponieważ zespół jest prawdziwie
„wolną grupą”, tak jak Bukowina i w zasadzie zbiera się
okazjonalnie na tego typu imprezy.
Ludzie
mówią, że piosenka turystyczna już nie istnieje. Jak wy odnosicie się
do tego miana?
B:
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jeżeli jednak to, co grała
na przykład Wolna Grupa Bukowina jest, było, piosenką turystyczną,
to jak najbardziej piosenka turystyczna istnieje, chociażby przez nasze
granie, czy Dom o Zielonych Progach...
T:
My jesteśmy nawet w main stream’ie tego pojęcia,
bo to, co uprawiamy to jest klasyczna piosenka turystyczna. Śpiewamy o
górach, chodzimy po górach, więc to nie jest tylko teoria. Wszystko
wypływa z tego, co sami przeżyliśmy.
Z
tego wniosek – piosenka turystyczna ma się dobrze.
T:
Myślę, że tak. Po tego typu imprezach widać, że coraz lepiej
nawet. Jakiś czas temu rozmawiałem z liderem innego gdańskiego zespołu,
znacznie bardziej znanego niż nasz, Słodkiego Całusa od Buby. Twierdził on wtedy, że koncerty Całusa
zbierają około setki, może dwustu osób. W związku z tym sceptycznie
odnosiliśmy się do organizacji koncertu w Gdańsku. Potem okazało się,
że na te koncerty przychodzi ponad dwieście osób, nawet trzysta i
atmosfera jest...
Słodki
Całus gra teraz nieco inną muzykę.
T:
Teraz może tak, choć oni też dość długo w tym main
stream’ie pozostawali. Natomiast niechętnie odnoszę się do
tego, co się za piosenkę turystyczną czasem uznaje. Występują
niekiedy zespoły z zestawem perkusyjnym, klawiszami, zelektryfikowanymi
gitarami i to ma się nazywać piosenka turystyczna? Nie wiem. Dla mnie
piosenka turystyczna to jest taka, którą można wykonać w górach,
zupełnie w partyzanckich warunkach, a nie coś, co wymaga całego
tabunu ekipy technicznej i odpowiednich warunków.
Wrocław,
23 XI 2003 r.
|